Szokująca prawda o firmach ubezpieczeniowych
Fot. Mario
Firmy zajmujące się ubezpieczeniami komunikacyjnymi masowo naciągają klientów - taki wniosek można wyciągnąć po przeczytaniu artykułu opublikowanego w serwisie Motofakty.pl.
Dla agentów kluczowym elementem jest zysk:
Rachunek jest prosty: albo ty tracisz, albo ja. Każdy oddział jest rozliczany z wypracowanych zysków. Zysk to suma zebranych składek minus wypłacone odszkodowania.
Zysk gwarantuje wypłatę premii. Im skuteczniej pracownicy walczą z żądaniami klientów tym jest ona wyższa:
Likwidatorzy mają swoje patenty, by jak najmniej wypłacić. Jedną z podstawowych metod mieszania klientom w głowie jest używanie ?metajęzyka?, pełnego prawniczych zwrotów, z których dla zwykłego człowieka nic nie wynika. No, ale kiedy przeczyta, że brał udział w "zdarzeniu drogowym implikującym skutki prawno - ekonomiczne na tym etapie trudne do oszacowania", jego chęć polemizowania z ubezpieczycielem spada do zera.
Obowiązki klienta są opisane w umowie jasno. Prawa rozrzucono po całym regulaminie. Kierowca zdaje się więc na zapewnienia agenta. A te nie pokrywają się z rzeczywistością:
Agent jest na prowizji od składki, a składka AC liczona jest od wartości auta. Agentowi zależy więc, by wpisać do polisy jak najwyższą. (...) Kiedy agent puszcza do nas oko ?wpisujemy więcej?, mamy poczucie bezpieczeństwa. Bo a nuż ukradną samochód. A kiedy rzeczywiście ukradną, idziemy do ubezpieczyciela lekko rozbujanym krokiem cwaniaka, który wykołował ubezpieczalnię.
Na ziemię sprowadzi nas miła pani, która poinformuje, że choć płaciliśmy składkę od 50 tys., dostaniemy tylko 40. Bo tyle, według tabel, jest wart samochód. Jeśli będziemy się mocno awanturować, odwoływać, pisać do Rzecznika Ubezpieczonych, możemy czasami wygrać. Towarzystwo uzna swój błąd i zapłaci. Nie, nie 10 tys. różnicy wartości auta. 100 zł nadpłaconej składki.
Normą jest zaniżanie kosztów napraw podczas pierwszych oględzin. Bardziej skuteczny patent to jednak szkoda całkowita:
Powiedzmy: ktoś skasował nasz samochód. Auto było warte 30 tys. zł. Koszt naprawy ubezpieczyciel wycenił na 31 tys. zł. Czyli naprawiać się nie opłaca. Pozostaje wziąć odszkodowanie - 30 tys. zł. "I co jeszcze?" - prycha Krzysztof [pracownik ubezpieczalni]. - Dostaniesz 30 tys. minus wartość wraka. A ten ubezpieczyciel wycenia na 15 tys. Jak chcesz możesz go sprzedać w częściach na Allegro.
Jeśli klient się odwoła, jego żądania są często odrzucane z automatu, praktycznie bez czytania:
Odmowa wypłaty świadczenia to czas zyskany przez ubezpieczyciela. Co prawda w kodeksie cywilnym stoi, że na wypłatę jest 30 dni. "Ale towarzystwa informują, że 90" - mówi Krystyna Krawczyk, dyrektor Biura Rzecznika Ubezpieczonych. "Tymczasem jest to termin zarezerwowany dla wyjątkowo trudnych przypadków."
Na domiar złego kontakt z pracownikiem ubezpieczalni jest utrudniony:
O numer telefonu do prowadzącego sprawę jest trudniej niż o numer słynnej Nokii prezydenta Kaczyńskiego. Może dzwonić sobie na infolinię, gdzie usłyszy, że "sprawa jest rozpatrywana".
Wszystko to, o czym piszą Motofakty.pl składa się na ponury obraz. Wygląda na to, że w Polsce nie ma sensu się ubezpieczać. Najlepiej wykupić najtańszy pakiet OC, jeździć ostrożnie i modlić się o to, aby w nocy nikt samochodu nie ukradł.
wow












