Reklamowanie komputera HP to "horror"
Laptop HP
Za pośrednictwem Wykopu trafiliśmy na forum internetowe, gdzie niezadowolona klientka opisała swoje przygody związane z reklamowaniem laptopa marki Hewlett-Packard.
Elliannia napisała:
W lipcu 2007 roku zostałam szczęśliwą (?) posiadaczką notebooka HP dv6331. Zakupiłam komputer firmy HP ufając, że sprzęt będzie doskonałej jakości - bo tego właśnie oczekuje się kupując komputer tak 'renomowanej' firmy, za jaką uważa się HP. Niestety przeliczyłam się.
Pierwszy raz komputer zepsuł się w kwietniu 2008 roku:
Oddałam go do sklepu Vobis, gdzie został zakupiony. Wrócił po około tygodniu i wciąż działo się to samo - wyłączał się bez przyczyny. Tym razem sprawę naprawy załatwiałam przez infolinię HP. Komputer otrzymałam z powrotem. Znowu przestał działać, znowu się wyłączał i nawet nie było możliwe przywrócenie systemu.
Po kolejnej naprawie komputer działał trzy miesiące. Potem znowu zaczęły się problemy z nieoczekiwanym wyłączaniem się. Infolinia poradziła zainstalowanie od zera systemu operacyjnego:
Niestety po miesiącu kolejny raz, już czwarty, komputer odmówił współpracy. Pokazał się niebieski ekran, komputer się wyłączył, ale w tym momencie po włączeniu pojawia się czarny ekran, nie ładuje się BIOS, Vista tym bardziej. Nie mam pojęcia, co może być tego przyczyną - podczas napraw miał wymienione wszystko, co jest możliwe do wymiany i w dalszym ciągu jest niezdolny do użytku.
Kupując tak drogi sprzęt liczyłam, że będzie mi służył co najmniej 3-4 lata, a nie rok. Nie zdawałam sobie sprawy, że firma o takiej renomie i pozycji na rynku może mi sprzedać bubel, który nie nadaje się do używania na dłuższą metę. Zawiodłam się ogromnie, bo naprawdę naiwnie wierzyłam, że komputer będzie w pełni sprawny.
W grudniu klientka zażądała od HP nowego komputera lub zwrotu pieniędzy. Producent rzekomo wysłał po laptopa kuriera - potem jednak okazało się, że żadne takie zlecenie nie zostało złożone. Po kłótni z przedstawicielem HP sprzęt został w końcu odebrany 17 grudnia:
Od tego czasu zero kontaktu od strony HP. Dzwoniłam do nich w poniedziałek 29-go grudnia i dowiedziałam się, że pani Ewelina [osoba odpowiedzialna za reklamację - przyp. red.], która jest przydzielona do mojej reklamacji będzie od wtorku i że 14 dni określonych w ustawie to dni robocze a nie kalendarzowe.
Oczywiście to nieprawda - ustawa nie precyzuje o jakie dni chodzi, więc można domniemywać, że liczą się kalendarzowe. Po kolejnych nieudanych próbach kontaktu kobieta nie wytrzymała:
W niedzielę 4 stycznia 2009 wysłałam maila, że 14 dni określone w gwarancji minęło i że mają przesłać mi na konto pieniądze za komputer. W poniedziałek 5 stycznia zadzwoniłam do HP prosząc o połączenie z panią Eweliną.
Oczywiście wybrałam moment, kiedy pani Ewelina rozmawiała z serwisem na temat mojego komputera - naprawdę szczęśliwy traf. Miała oddzwonić do godziny. Po 3h bez kontaktu (...) okazało się, że pani Eweliny nie ma.
Przedstawicielka HP wysłała maila, w którym stwierdziła, że notebook został zalany i naprawa będzie kosztować 1 500 złotych. Oczywiście klientka nigdy nie zamoczyła komputera. Dlatego skontaktowała się z kierownikiem serwisu. Ten obiecał, że sprawę wyjaśni. Ostatecznie jednak potwierdził, że w środku laptopa znaleziono ślady po cieczy:
Najciekawsze jest to, że zdjęcia kompletnie przeczą teorii HP o zalaniu - "zalanie" jest bardzo dziwne. Tylko spodnia część pamięci na wąskim pasku i slot od spodniej części. Niemożliwe do wykonania bez wyciągania pamięci - byłyby inne ślady po "zalaniu", ślady dotarcia substancji do pamięci RAM .
Teoria - albo zalanie zostało zrobione na wyciągniętych pamięciach i ktoś je później założył i zamknął klapkę, albo fabrycznie lub przy poprzedniej naprawie - co jest bardziej prawdopodobne, bo ta substancja na pamięciach RAM wygląda na topnik lutowniczy.
Kobieta skonsultowała się z trzema osobami zajmującymi się serwisowaniem komputerów i wszystkie potwierdziły, że tego typu zalanie nie mogło mieć miejsca w warunkach domowych. Wygląda więc na to, że HP na siłę próbowało uszkodzić sprzęt tak, aby zwalić winę na klientkę i nie musieć ponosić kosztów wymiany.
wow












